Przypatrywał się siedzącemu nieopodal chłopakami, jak się okazało Louis'owi, był prawie pewny że go zna.
-Dlaczego oni chodzą w takiej grupie-pomyślał. Inaczej podszedłby do chłopaka i zapytał go czy może on też go kojarzy...Ale to na marne, bał się a raczej odczuwał dziwny koktajl szacunku i strachu przed grupą w jakiej ów Louis się znajdował.
-Świerzuchu, może chcesz go poznać co? Nie wiem co sprawia że się tak w niego wlepiasz, ale wolę byś migdalił go wzrokiem gdzie indziej. -Powiedział Newt pocierając oczy- Jutro zabiorę cię do zwiadowców i ich poznasz ogay? Tylko proszę nie wlepiaj się w nich tak, bo to cholernie purwa widać...I zaraz wezmą cie za jeszcze większego dziwaka.
-Jasne, jasne, ale ja tylko się zastanawiam, bo ja go kojarzę..Znaczy myślę że tak jest...
-CO?!-Wykrzyczał Newt po czym ściszył ton-Słuchaj, nie rób sobie jaj, przez tyle lat nie było tu nikogo kto by rozpoznał jakiegoś znajomego w innych streferach. Wydaje ci się, bo jesteś zmęczony, tyle.
Harry chciał coś powiedzeń, ale zawahał się, nie chciał być uznany za jakiegoś innego, chciał się wtopić w tło i pozostać niezauważalnym, zbyt się bał tego otoczenia.
-Czy mogę już iść, nie chcę tu siedzieć-Powiedział Harry spoglądając na Newta- Idź klumpie, zejdź mi z oczu.-odparł Newt.
Harry wstał, chciał iść do tyłu, niezauważalnie, przejść powoli do swojego prowizorycznego domku w którym był jego hamak, ale coś kazało mu iść w inną stronę - W stronę Louisa.
Wstał, jego wzrok był skierowany na nic niepodejrzewającego Lou, zrobił krok w jego stronę a Newt przypatrywał się mu z zaniepokojeniem.
Kolejny krok, pewny i mocny, Harry sam nie podejrzewał że w tej sytuacji będzie wstanie zyskać taką pewną siebie, czuł że Newt nie spuszcza z niego wzroku, zapewne był ciekawy co robi, Harry tak samo, czuł jakby jego nogi nie były częścią jego ciała.
Był już tylko metr od Louis'a, zatrzymał się a Louis podniósł głowę ukazując swoje jasno-błękitne oczy.
Nic nie powiedział. Przypatrywał się Harryemu z szokiem a Harry był pewny że on widzi w nim kogoś znajomego.
Zapadła cisza,gwar ustał, wszyscy przypatrywali się tej dziwnej sytuacji.
-Co jest z tobą Lou? Przegon świerzucha a nie patrzysz na niego jakbyś zobaczył wyjście-Powiedział azjata który z tego co zapamiętał Harry był opiekunem tak zwanych zwiadowców.
-Tak, ja, jasne..Ym...Co tu robisz klumpie? Przyjaciół szukasz? Zpylaj się i nie zasłaniaj mi ogniska.-Powiedział niebieskooki chłopak patrząc na Harry'ego.
Newt wstał, swoją silną ręką chwycił wciąż nieruchomego Harry'ego i zaprowadził go jakieś 200 metrów dalej, gdzie światło ogniska już nie docierało, było zupełnie ciemno a jedyne źródło światła to gęsto osadzone na niebie gwiazdy.
-Co to miało być za przedstawienie?! Pojednało cie? Po twoim darciu twarzostanu już wszyscy zapewne stwierdzili że coś z tobą jest nie w porządku, a teraz zapewne będą mi kazali zamknąć cie w ciapie! Jeszcze raz zobaczę taką akcję a przetrzepie ci skórę, może wtedy krew zacznie ci dopływać do mózgownicy!-KUMASZ?!
Harry nigdy wcześniej nie widział Newta w takim stanie, jego delikatna buzia zrobiła się czerwona a białka jego ciemnych oczu przeszły wszystkimi odcieniami purpury.
-Ja, to...to nie byłem ja...-Próbował wykrztusić lokowany chłopak ale poczuł ze to nie ma sensu, miał wrażenie że tą próbą tłumaczenia jeszcze bardziej rozzłociła Newta.
-O! Czyli próbujesz mi powiedzieć że jakiś inny, identyczny Njubi zrobił z siebie niezrównoważonego psychicznie, i znikł po czym przypadkowo w tym samym miejscu pojawiłeś się ty tak?-USPOKÓJ SIĘ, NIE WYCHYLAJ SIĘ, DO CHOLERY.
-Słuchaj Newt...Nie mam pojęcia co się stało, ja, ja nie chciałem tego, naprawdę...
Zapadła cisza, Newt stał przez chwilę z złożonymi rękoma, patrząc w trawę, Harry chciał odejść, ale czuł że jeszcze nie powinien, ze Newt jeszcze nie skończył.
-Słuchaj Harold...Jestem za Ciebie odpowiedzialny, i zrozum że wychodzę na niekompetentnego jeśli ty, będąc pod moją opieką zachowujesz się w ten sposób...Osoby będące tu od lat uważają za niestosowne trucie pośladów zwiadowcy, a ty będąc tu kilka dni robisz to jakby było to twoim Hobby.
-ALE CHODZI MI O LOUISA! PURWA O LOUISA! JA GO ZNAM, JA GO PURWA TWOJAMAC ZNAM! - Harry nie mógł się powstrzymać, cała złość która kumulowała się w nim przez ostatnie dni znalazła ujście, niestety w jedynej osobie której tutaj ufał.
-Jeśli mówisz prawdę świerzuchu, może być to mały fenomen, więc radzę ci zachować tą informację dla siebie, a przynajmniej na jakiś czas, nie wykrzykuj tego na prawo i lewo, streferzy tego nie lubią.
Jutro zabiorę cię do Louisa i wszystko mu wyjaśnisz, ogay?
Harry rozpromienił się, z jakiegoś powodu okazja by porozmawiać z chłopakiem który wydawał mu się tak znajomy była jak dotyk boga. Uspokoił się.
-No, więc pędź na swój hamak a ja spróbuję wytłumaczyć Albyemu że to co się stało to było uwolnienie się z szoku spowodowanego znalezieniem się tutaj.
Newt odszedł a Harry miał okazję zostać sam na sam ze sobą, powoli zmierzając do miejsca wypoczynku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz