sobota, 27 grudnia 2014

Eleven.

-Co się stało Newt?-Wydyszał Harry gdy wystarczająco przybliżył się do chłopaka.
-Powinni już być, wrota za chwilę się zamkną, coś się stało-Powiedział Newt obojętnym tonem w którym można było wyczuć przerażenie.
-To coś zróbmy do cholery, idźmy po nich czy...
 Oczy Newta napotkały oczy Harry'ego, jego wzrok był surowy, pełny bólu i przygnębienia
-Czy ty nadal PURWA nie rozumiesz że NIE MOŻNA wchodzić do labiryntu? Nie masz takiegpo przywileju, z resztą nie znasz drogi, prędzej byś się zgubił...
-LABIRYNTU? TO LABIRYNT -Harry nie mógł się powstrzymać-kiedy zamierzałeś mi to powiedzieć?
-Nie rób z siebie pokrzywdzonego szczeniaku! Większość Njubi dowiaduje się o tym po miesiącu, więc nie obwiniaj mnie o to że nie powiedziałem ci wcześniej, bo nie musiałem!-Newt nie krył swojego gniewu, jego uszy i nos poczerwieniały a on sam nagrał bardziej bojowej postawy.
-TO SAM PO NIEGO IDŹ KRUTASIE SKORO JA NIE MOGĘ, NO DALEJ.-Harry nie mógł się opanować, miał ochotę rzucić się do labiryntu, jednak się bał, jego ciało walczyło, strach o Louisa walczył ze strachem przed labiryntem, serce biło mu mocniej.
Twarz Newta złagodniała, a nawet można by powiedzieć zesmutniała, spuścił wzrok na swoją nogę i odszedł kawałek, dopiero teraz Harry zauważył że Newt kuleje.
 Znów zrobiło mu się głupio, znów odwrócił wzrok od Newta i odszedł kawałek w przeciwną stronę nadal pilnując wzrokiem jak się okazało-wejścia do labiryntu.
*
Biegli, prawie w ostatniej chwili biegli wszyscy zwiadowcy, labirynt powoli się zamykał jednak oni zdążyli, dali radę, Harry'emu ulżyło, pocił ucisk w klatce piersiowej, teraz wiedział że ta awantura była niepotrzebna, zobaczył też że Newt spojrzał z ulgą w niebo.
Louis za to był cały czerwony, zdyszany i spocony, tak jak i reszta zwiadowców, widać było że dali z siebie wszystko by dobiec na czas.
Harry podszedł do niego, nie dbał o to czy ktoś to zobaczy, teraz go nic nie obchodziło, chciał tylko zobaczyć niebieskie oczy Lou

piątek, 12 grudnia 2014

Ten.

Nastał poranek. Harry był przyzwyczajony do porannej rutyny. Wstał sam.
Dziś miał mieć praktyki u Plastra, czyli chłopaka zajmującego się medycyną na strefie.
-Świetnie-pomyślał Harry ubierając koszulkę-Prędzej pozbawię kogoś życia niż komuś pomogę-Powiedział do siebie.
Wyszedł z pomieszczenia, niebo było fioletowo-różowe, dość wcześnie.
Newt'a nie było, Harry pomyślał że może uważa Harryego za odpowiedzialnego i uznał że nie potrzebuje już opieki. Nie była to dobra wiadomość, lubił Newta i nie chciał z nim zacierać kontaktów. Miał nadzieje że uda mu się z nim pogadać jeszcze dziś.
Wszedł do stołówki która była po prostu wielkim zbiorem stołów i krzeseł umieszczonych pod długim dachem. Usiadł na końcu przy krześle w dwuosobowym stole. Zjadł boczek i jajka
Zrobiło mu się przykro, ani Newt'a w pobliżu, a Lou już dawno zapewne wybiegł poza strefę...
Zjadł swoje śniadanie i poszedł na praktyki.
Dużo się nie działo, Plaster postanowił przydzielić Harry'ego do najnudniejszych i najłatwiejszych zadań typu zmienianie pościeli na łóżkach, mycie podług, dezynfekowanie narzędzi chirurgicznych itp.
Po około 5 godzin "pracy" Plaster podziękował i uznał że już nie ma nic do roboty.
Jednak Harry nie był zadowolony, wolał harować i mieć zajęcie niż siedzieć cały dzień ZNÓW sam.
Postanowił iść do patelnika i trochę mu pomóc, był miło zaskoczony, miał cały zlew zapełniony w naczyniach. Był ucieszony faktem iż znalazł się ochotnik do sprzątania i obdarzył Harry'ego szczerym uśmiechem.
A więc chłopak zajął się zmywaniem a Patelnik gotowaniem obiadu, ostatecznie było miły.
*
Po skończonej pracy Harry miał jeszcze około 2 godzin wolnego, przed obiadem. Postanowił spożytkować ten czas pomagając Rolnikowi,
Czuł jak pochłania go rutyna, zrobiło mu się nudno i znów zaczął myśleć o życiu "przed strefą" jednak jedna myśl, a raczej osoba ciągle gnieździła się w jego głowie, a był to Louis.
Chciał by chłopak wrócił, chciał z nim pogadać, poczuć jego oddech na swojej szyi, chciał poczuć jego zapach i znów rozpłynąć się w jego błękitnych oczach. Chciał go mieć przy sobie tu i teraz.
*
Obiad. Wszyscy ustawili się w długiej kolejce prowadzącej do lady przy której Patelnik podawał jedzenie.
Harry chwycił czerwoną tackę i ustawił się za resztą zgłodniałych steferów. Czuł się taki mały, nie widoczny mimo że wyróżniał się pokaźnym wzrostem na tle większości.
Odebrał swoją porcję jedzenia, i miał wrażenie że jest ona trochę większa niż u innych, zapewne dlatego że Patelnik go lubił i cenił go za dzisiejszą pomoc. 
Usiadł znów sam, w tym samym miejscu w którym jadł śniadanie i z daleka przyglądał się wszystkim. Byli w dobrych nastrojach, śmiali się i wspólnie debatowali, Harry zazdrościł im, też wolałby mieć taką grupę znajomych niż siedzieć samotnie w trakcie obiadu. Nawet dla niego to było żałosne. 
Po chwili zobaczył Newt'a siedzącego w towarzystwie Alby'ego, Plastra i Zarta. Wszyscy mieli poważne miny, jedli w spokoju a Newt rozglądał się co chwile w prawo i w lewo. 
Harry zastanawiał się co się stało, przez chwile obserwował ich jednak stwierdził że nie ma ochoty by spotkać się z jego wzrokiem, pewnie miał ważniejsze sprawy niż on. 
Po obiedzie został trochę dłużej by pomóc w zmywaniu naczyń.
-Słuchaj Njubi, nie myślałeś by zostać już u mnie? Po co ci te praktyki?-Zapytał Patelnik przygotowując potrzebne mu składniki do przygotowania kolacji. 
-Hmm, W sumie, to u ciebie czułem się najlepiej, chyba chce zostać...
-Wspaniale! Jeszcze dziś złożę wniosek do rady o umieszczenie cie pod moimi skrzydłami, Newt jutro już zapewne powinien cię do mnie przydzielić.
-Ta...Jasne-Odpowiedział Harry kończąc swoją pracę i wychodząc, było już dość ciemno, Louis powinien już być, jednak ani śladu po nim i reszcie zwiadowców, Harry poczuł się źle, coś było nie tak. 
Patrząc na Północne wejście zobaczył Newta chodzącego tam i z powrotem, zapewne również zmartwionego tym spóźnieniem.
O cholera-pomyślał Harry i podbiegł do Newta.
Ta rozmowa nie będzie miła.







niedziela, 7 grudnia 2014

Nine.

Wieczór, Harry usłyszał wiwaty i zobaczył za oknem złote światło wydobywające się z ogniska.
 Louis wrócił-pomyślał.
Pobiegł w wyznaczone miejsce, a gdy tam dotarł  za swoimi plecami usłyszał znajomy głos.
-Chodź ze mną, tutaj pewnie czuwa Gally.-wyszeptał Louis.
Harry szedł za chłopakiem, oboje szli w stronę lasku na końcu strefy. Tam mieli pobyć sami.
-Co ci się stało Njubi? Słyszałem że dostałeś w brzuch...-Powiedział Lou siadając na pieńku obok Harry'ego.
-Ah, to Gally, nie warto się przejmować, coś mu nie pasuje we mnie. Czepia się o nic.-Odpowiedział, patrząc mu w oczy.
-GALLY! Wiedziałem że to cholera on, niech tylko na niego wpadnę... Obije mu tą i tak krzywą twarz, i tyle.
-Bez przesady, nie chcę się wychylać, poza tym po co wywoływać kłótnie.  
-Ja zdecyduję co zrobię Harry.
 Zapadła cisza którą przerwała ręka Louisa wspinająca się po nodze Harry'ego aż dotarła do uda, gdzie powoli wędrowała wyżej. 
Ich usta zbliżały się do siebie - jak magnes-nie odrywali od siebie oczu, zatopili się w swoich ramionach i zrobili to. Pocałowali się. A nie skończyło się na jednym pocałunku. Położyli się na trawie, nie przestawali, a ich uścisk stawał się coraz silniejszy.
Harry czuł że nie da rady się oderwać, było to dla niego jak narkotyk, wiedział że tak było przed strefą, czuł że Louis to namiastka jego domu i część jego serca.
Kocham cię-Wyszeptał Louis, a Harry'emu zrobiło się dużo lżej i cieplej na sercu. Czuł się bezpieczny.
-Ja Ciebie bardziej Loueh..Ja Ciebie bardziej-Odpowiedział.
Leżeli na Trawie, patrząc na gwiazdy chowające się za koronami drzew. Ich ręce były splecione, oboje odpoczywali. Strefa przestała dla nich istnieć, byli tylko oni.
Do czasu. 
-HAROLD!!!-Dobiegł ich głos-HAROLD PURWA GDZIE SIĘ SZWENDASZ!? 
-Cholera-powiedział Harry szybko wstajac-Co teraz?
-Wiejemy?-Odpowiedział niebieskooki szybko zakładając koszulkę.
-To będzie podejrzane..Ty wiej a ja tu zostanę.- Wyszeptał chłopak-Dalej! LEĆ! Widzimy się jutro.
-Dobrze Harry...Do jutra.-Powiedział Lou po czym odbiegł, 
Newt podszedł do Harry'ego, wyraźnie zaciekawiony sytuacją, Harry nie był zdziwiony, w końcu to on siedział na pieńku bez koszulki, był zdyszany i zdezorientowany. 
-Wiesz młody, jak chciałeś pobyć sobie..ykhym, sam na sam, to mogłeś krzyknąć że mam podejść jak skończysz, dałbym ci trochę czasu.-Powiedział.
-Bardzo, purwa śmieszne. Nic nie robiłem, ja tylko....
-Dobra, dobra nie tłumacz się, wybacz ale to wygląda jednoznacznie, więc może lepiej omińmy ten temat, bo jeszcze przestanę się do ciebie odzywać. 
Harry nic nie odpowiedział. Wolał już żeby Newt myślał to co myśli a żeby wiedział co się stało naprawdę.
-No dobra, dalej chodź, ludzie zaczynają gadać jak cię nie ma co wieczór przy ognisku mały dupku. Powiem im że zemdlałeś, to już będzie lepsza wersja. 
Wstał, ubrał koszulkę i podążył za Newt'em który podśmiewał się jednoznacznie.
-Mieliśmy nie poruszać tematu, a tymczasem ja słyszę że nadal tym żyjesz.
-Oh przepraszam Harold, ale nigdy wcześniej nie nakryłem kogoś na trzepaniu sobie w lesie.- Newt roześmiał się a Harry był pewny że jego śmiech słychać przy samym ognisku. 
-Wstrzymaj twarzostan Newt, jakoś mi się nie uśmiecha wysłuchiwać tego do końca mojego pobytu tutaj.
-Trzeba było smrodasie myśleć wcześniej. Tymi żartami rekompensuje sobie tą sytuacje na jakiej cię nakryłem.
*
Harry i Newt dotarli do ogniska, wszystkie twarze były zwrócone w ich stronę. Pośród tego tłumu Harry zobaczył Louisa jak zwykle siedzącego pośród innych zwiadowców. Lokowany szybko odwrócił od niego wzrok by nie budzić podejrzeń. Nie miał zamiaru jeszcze bardziej wpieniać Gally'ego. 
-Młody zemdlał w lesie-powiedział Newt obojętnym tonem i usiadł na ziemi obok Alby'ego.
Harry znalazł sobie miejsce koło patelnika i resztę wieczoru wysłuchiwał ich rozmów i opowieści. Musiał opierać się pokusie patrzenia na Louisa. 
Po skończonej wymianie zdań przez członków strefy, Patelnik przygotował sytą kolację składającą się z paru pieczonych prosiaków i parunastu wielkich garów z ziemniakami. Wszyscy wspólnie zjedli ostatni posiłek w tym dniu i udali się na swoje hamaki, w swoich prowizorycznych drewnianych domkach. 
Harry położył się na swoim miejscu i uśmiechnął się wpominając cały dzień, który nie zaczął się najlepiej, ale skończył wspaniale. Najśmieszniejsze było jednak to że on i Louis się całowali, według Newta Harry zajmował się sobą w lesie, a według streferów-zemdlał. 
 A więc z pocałunku zeszło na omdlenie-pomyślał Harry i uśmiechnął się w duchu.









czwartek, 4 grudnia 2014

Eight.

Położył się do łóżka, loki opadały mu na ramiona, oddychał ciężko. 
-Mieliśmy się PURWAMAC pocałować... Cholerny Gally...-Powtarzał do siebie cicho.
 Nagle przez jego głowę przeszła dziwna myśl, myśl która była jednocześnie niedorzeczna ale wydawała się Harry'emu całkiem normalna...Całkiem naturalna..
-Ja, ja go kocham...-Pomyślał-Ja naprawdę go kocham. 
Zamknął oczy, cały czas myślał tylko o nim. O chłopaku w hipnotyzujących, niebieskich oczach.
Pogrążył się w śnie, i nadziei że kolejny dzień przyniesie mu kolejną okazję na pocałunek z Louisem. 
*
Budzi się, słońce oświetla całe pomieszczenie, nikogo niema na innych hamakach-Dziwne.
Wstaje-Wychodzi na ciepłą i suchą już trawę, co oznacza że jest już po 9.
Już pewnie wszyscy są na śniadaniu..Pytanie tylko dlaczego Newt go nie obudził?
Te pytanie dręczyło go aż do samej stołówki.
Na miejscu zobaczył Newta siedzącego z twarzą w swojej jajecznicy, kompletnie zaspanego.
Był blady i miał podkrążone oczy, wyglądał jakby miał zaraz wykitować-Pomyślał Harry.
-Newt? Wszystko Ogay? Co się stało?-Zapytał chłopak podchodząc do przyjaciela.
-Niiic...Nie ważne, ah! Czasami tak jest że coś nie pójdzie, ale to nie twoja sprawa świerzuchu.
Zapadła niezręczna cisza. Harry przysiadł się do Newta, ale nie wiedział jak go pocieszyć bo..Nie wiedział co się stało. 
-Słuchaj Harold...Miałem wczoraj małą wymianę zdań z Gally'm..On twierdzi że przymilałeś się do Zwiadowny-Louisa...Twierdzi że chcesz zostać zwiadowcą i podlizujesz się jednemu z nich żeby było ci łatwiej. Oczywiście wszystkiemu zaprzeczyłem, a do dyskusji włączył się patelnik który stwierdził że chcesz zostać jego podwładnym a nie jakimś zwiadowcą. Niezły cyrk z tego wynikł...-Powiedział Newt bo dłuższej chwili namysłu. 
-CO? Ja? Ja nie che być żadnym ZWIADOWCĄ!- Wykrzyczał Harry a Newt uciszył go szczypnięciem w kolano. 
-Wiem że nie chcesz cholerny klumpie...Ale bardziej mnie zastanawia kwestia Ciebie i Louisa. O co chodzi? Miałeś mi o wszystkim mówić, pamiętasz? 
-Eh..Nic... Chciałem z nim tylko porozmawiać, ale nie przypomniałem sobie nic-Harry skłamał, wiedząc że jeśli powie prawdę to Newt znów go wyśmieje. 
-Uff...To dobrze, już myślałem że znowu ci na łeb padło. Dobra, masz dziś dzień wolny, bo zapomniałem cię obudzić...Ja muszę spadać, a ty zjedz śniadanie. -Powiedział Newt wstając.
-Ta....Dobra....
*
Harry znów był pozostawiony sam sobie. Newt był zajęty, Louisa nie było od rana, a Harry mógł go oczekiwać jedynie wieczorem...Świadomość że może pogadać tylko z tymi dwoma osobami była przygnębiająca.  Dla innych był "TYM NOWYM" "NJUBIM" I nikt nie palił się do rozmowy z nim, zwłaszcza po jego występie przy ognisku. Więc pozostało mu cały dzień siedzieć i patrzeć jak trawa rośnie. Dołująca perspektywa. Znów zastanawiał się jak to by było, gdyby nie znalazł się w strefie. Pewnie teraz siedziałby ze swoją rodziną w domu, oglądał by telewizję albo rozmawiał przez telefon z przyjaciółmi...
Zastanawiał się jaka mogła być jego rodzina. Zastanawiał się czy w ogóle ma rodzinę, może jest sierotą? A może jest przestępcą i dlatego znalazł się w tej pułapce. Tyle przygnębiających myśli przewinęło mu się przez głowę w ciągu paru godzin, czuł się wykończony- mimo że był wypoczęty.
 Przez chwile miał ochotę zamknąć oczy i już ich nie otwierać, chciał odgrodzić się od całej strefy, od tego wszystkiego co go otaczało. Tęsknił za życiem poza strefą, mimo iż go nie pamiętał. Chciał się wydostać, chciał uciec. 
*
Poczuł ostre uderzenie w głowę, przewrócił się a nad sobą zobaczył Gally'ego.
-Co jesy Smrodasie?! Myślisz że nie wiem co kombinujesz?! Czas by ktoś ci pokazał gdzie twoje miejsce!
Harry poczuł cios w twarz, podniósł się i przypatrzył Gally'emu.
Chłopak pędził na Harry'ego z wyciągniętą pięścią, jednak Harry w ostatnim momencie się odsunął a Gally upadł na ziemię. 
-Już ja ci pokażę knypku.-Wykrzyczał chłopak w stronę Harry'ego.
-O CO CI CHODZI GALLY?
Jednak nie usłyszał odpowiedzi, chłopak uderzył go w brzuch, a Harry upadł na ziemię.
Widział jak przez mgłę.
-CO TU SIĘ DZIEJE DO JASNEJ CHOLERY!-Usłyszał znajomy głos, jak zwykle, został uratowany przez Newt'a.
-GALLY NATYCHMIAST DO MNIE.-usłyszał drugi znajomy głos, był to surowy i głęboki głos Alby'ego, teraz już wiedział, że Gally będzie mieć przesrane. 
-Wszystko ogay Harold?-Zapytał Newt pomagając Harry'emu wstać.-Zawsze musisz się w coś wpierniczyć prawda? 
-Taki jest urok bycia Nowym-Odpowiedział Harry i obaj udali się w stronę chatki. 
Harry położył się w swoim hamaku, brzuch nadal go bolał ale otuchy dodawała mu ciemność która była widoczna za drzwiami, oznaczało to że Louis niedługo będzie, i że znów będzie mógł zamienić z nim parę słów.



sobota, 29 listopada 2014

Seven.

Obudził go Newt-Tak jak podejrzewał nie była to pobudka jego marzeń. 
Zimna woda oblała całą jego twarz i hamak, zrobiło mu się cholernie zimno.
-Myślałem że nie chcesz zamoczyć mojego hamaka-Powiedział Harry szybko wstając.
-Pomyślałem sobie że w końcu to ty na tym śpisz a nie ja, więc mi to nie robi różnicy Njubi. A teraz dalej, zwijaj się i idziemy nie mam czasu na pogaduchy z tobą od rana.-Powiedział chłopak uśmiechając się.
 Harry przebrał się w suche ubrania i wyszedł z chatki za Newt'em. Znów to samo znów jest wilgotno i zimno, była około 5-6 rano, nie miał zegarka więc nie mógł być pewny.
A więc Haroldzie...Moja praca, jako wiceprzewodniczącego polega na kontrolowaniu innych.
 -Czyli jesteś w swoim żywiole...-Powiedział Harry spoglądając na Newta który wydawał się lekko zniecierpliwiony.
-Myślisz Harold że to takie łatwe co? Alby całymi dniami siedzi w swoim pokoiku i wychodzi gdy dzieje się coś naprawdę złego. A ja muszę latać za dzieciakami które wdadzą się w bójki albo pyszczą...Gdy jest ich tutaj aż tyle, to nie ma nic fajnego w ganianiu każdego z osobna tym bardziej że jeden jest na południu a drugi na północy strefy.-Rozumiesz świerzuchu? 
-Jasne...To w takim razie w czym mam ci pomagać? Sam mówiłeś że nie potrzebujesz pomocy.-Zapytał Harry a na twarzy Newt'a pojawił się łobuzerski uśmiech który Harry już znał-zaraz będzie robić coś na co wcale nie ma ochoty. 
-Ty będziesz zajmować się tym czego ja nie lubię, czyli bieganiem z jednego końca strefy na drugą i przekazywanie mi informacji i raportów. Ogay?
-Jasne...Ogay...Już chyba wolałem praktyki u Zarta, tam przynajmniej pomagałem a nie usługiwałem.
-Ostrzegałem cię wczoraj świerzuchu-zaśmiał się Newt-Przecież jestem taki straszny.
  Harry lubił Newta, on jako jedyny postanowił mu pomóc i wszystko wytłumaczyć, on zawsze mu bronił poślady przed Gally'm. Czasem jednak był denerwujący i Harry miał ochotę go przydusić.
-No, więc biegnij do Zarta i zapytaj czy z uprawami wszystko ogay, muszę to wszystko zapisać, leć!
Harry przeciągnął się i pobiegł w stronę ogrodzenia za którymi znajdowały się świnie, krowy i inne zwierzęta gospodarcze, wiedział jak tam wejść, w końcu jeszcze niedawno był tam na praktykach. 
Był już prawie przy wejściu, zapukał do drzwi, poczekał chwilę a przednim pojawił się znajomy chłopak-Zart.
-Hej, słuchaj, Newt kazał się zapytać czy wszystko w porządku z uprawami..
-Newt?-zaśmiał się chłopak.-Pod koniec tygodnia przychodzi Alby i spisuje co jest potrzebne a co było zużyte w tygodniu, kochaniutki, jesteś u Newta na praktykach prawda?
-Taak?-Odpowiedział Harry lekko zdezorientowany.-No więc cię Newt zrobił w kuja! Zawsze tak robi! Ale zwykle wysyła ich do plastra żeby się zapytali o lekarstwa, nie sądziłem że trafi na mnie tym razem!
Świetnie Purwa-pomyślał Harry-Jeśli tak ma wyglądać dzisiejszy dzień to już wolę go spędzić ze wściekłym Gallym......
Chłopak pobiegł z powrotem w stronę Newta który najwidoczniej świetnie się bawił, skoro zwijał się ze śmiechu. 
-BARDZO PURWA JEGOMAC ŚMIESZNE NEWT!-Wykrzyczał Harry, jednak musiał przyznać że nieźle go wkręcił. 
-I CO HAROLD?JAK TAM UPRAWY?-*Newt śmiał się* Wystarczy kukurydzy na obiad?-Dokończył.
-Bardzo śmieszne cholera, widać jak podchodzisz do swojej pracy....-Powiedział Harry stojąc nad zwijającym się ze śmiechu na trawie Newt'em.
 Newt przestał się śmiać, na jego twarzy zagościła niespotykana dotąd powaga, wstał i spojrzał Harry'emu w oczy.
-Nigdy świerzuchu nie mów że nie traktuje swojej pracy poważnie, po prostu nie mogę ci powiedzieć co całymi dniami robię...To nie taka łatwa praca, zwłaszcza że jakby tego było mało teraz opiekuje się tobą...Potrzebuje czasem trochę się rozerwać, a to co tu zaszło dzieje się z każdym Njubim...Więc następnym razem zastanów się zanim zaczniesz mielić jęzorem....Jesteś tu od paru Purwa dni, jeszcze nie doznałeś trudów życia w strefie...
-Ja, ja przepraszam Newt, nie chciałem..-Powiedział Harry czując wstyd, faktycznie mógł trochę pomyśleć...
-Eh, nie ważne, nie widziałeś...Teraz chodź, oprowadzę cię trochę po strefie...-Odparł Newt i zmienił kierunek marszu, teraz szedł w stronę małego lasku umiejscowionego w najcichszym wschodnim krańcu strefy. 
 -Po co tam idziemy Newt?
-W lesie można odpocząć... Na końcu jest cmentarz....Można tam przyjść, tam zawsze jest cicho...-Odpowiedział trochę niepewnym głosem. 
 Cmentarz?-Pomyślał Harry-Po co cmentarz w miejscu pełnym młodych ludzi? Dlaczego oni tutaj umierają?
 Newt jakby czytał w jego myślach.
- Próbowaliśmy się wydostać...Próbowaliśmy wszystkiego, wszelkie próby okazywały się nietrafione..Niektóre śmiertelne... Tam chowamy klumpy które chciały się popisać i znaleźć wyjście a przypłacili za to życiem...Ale są tam też groby zwiadowców którzy nie wrócili przed zmrokiem...
 Harry'ego zamurowało. Zwiadowcy którzy nie wrócili przed zmrokiem? Jego ciało przeszył dreszcz, przestraszył się i bał się o życie, nie swoje, o życie Louisa. 
-Alee, dlaczego ci którzy nie wrócili...Dlaczego oni umarli?-Zapytał się Harry w nadziei że ta sytuacja sprawi iż Newt nareszcie mu wszystko powie..Jednak się rozczarował. 
-To nie pora na takie pogaduszki, chce ci uświadomić żebyś się nie wychylał nieproszony, żebyś NIGDY nie wychodził ze Strefy. Rozumiesz?
Harry wiedział ze sprawa jest bardzo poważna, skoro tylu ludzi powtarza mu to tyle razy. 
Przysiągł sobie że NIGDY nie wyjdzie ze strefy, żałował tylko że nie może powstrzymać Louisa...
-Idź już-Powiedział Newt po chwili milczenia-mam nadzieje że dałem ci do myślenia i że nie będziesz sprawiał problemów Harold...Proszę cie to dla dobra i twojego i nas wszystkich... 
*
Harry resztę dnia spędził na siedzeniu przy swojej chacie . Co jakiś czas spoglądał na wyjścia ze Strefy, czekał z niecierpliwością na zwiadowców..Na Louisa...Myśl o tym że kiedyś on może nie wrócić nie dawała mu spokoju, wpadł w panikę gdy zaczęło się ściemniać...
-To jakiś obłęd-pomyślał-Louis jest tu tyle lat i nic mu się nie stało...Dlaczego teraz miało by być inaczej? -Próbował się uspokoić, jednak te straszne myśli nie dawały mu chwili wytchnienia...Już wolał wysłuchiwać całodziennego biadolenia Newt'a niż siedzieć pozostawiony sam na sam ze swoimi myślami i obawami...To było nie do zniesienia. 
Nagle coś zwróciło jego uwagę, wbiegali do strefy, zwiadowcy nareszcie byli...
 Harry aż podskoczył z radości, teraz jedynie parędziesiąt minut dzieliło go od pierwszego, wieczornego spotkania z Louisem. Czekał na rozpalanie ogniska, chciał by wszyscy ludzie zgromadzili się w jednym miejscu. 
Czekał...Czekał a minuty ciągnęły się jak godziny-Dlaczego tak jest zawsze jak czegoś oczekujesz!?-pomyślał. Zobaczył że przy ognisku jest coraz więcej ludzi...Już nie długo...
Wstał, rozejrzał się a następnie niezauważalnie podążał w umówione miejsce.
Znów czeka. Rozgląda się poszukując tak dobrze zapamiętanej sylwetki. 
Idzie. Harry zauważył go natychmiastowo, miał wrażenie że bije od niego jasna poświata, która jest jak światła reflektorów w tą ciemną gwieździstą noc. 
-Witaj Loueh-Powiedział chłopak wstając i przytulając Louisa całą swoją siłą.
-Hej Harry...To...Powiedz mi wszystko, wszystko co pamiętasz...-Powiedział Louis przyglądając się lokowanemu.
-Ja...Ja nie pamiętam nic z przeszłości związanego z nami, ale mam pewność że się znaliśmy...Wiem to, czuje że byliśmy blisko, czuje że muszę być przy tobie...
-A ja cię pamiętam z przeszłości, pamiętam twój uśmiech..Pamiętam twoje włosy, znam twoje tatuaże... Masz wytatuowane słowo "Hi!" prawda? 
-Tak..Ja, tak mam, skąd ty to wiedziałeś? -Zapytał Harry czując że adrenalina skacze.
-Spojrzałem na swój tatuaż "Oops" i wiedziałem, wiedziałem że ty masz to cholerne HI... To nie jest przypadek Harry, nie możliwe by to był przypadek...
 Chłopak zbliżył się do Louisa, ich usta wzajemnie się przyciągały, Harry widział teraz tylko jego oczy, jego oczy które zawróciły mu w głowie gdy pierwszy raz je zobaczył, byli coraz bliżej, mieli się pocałować jednak...
-HEJ CO WY TAM ROBICIE?!-Znajomy, nieprzyjemny głos uderzył myśli Harry;ego niczym młot, to był Gally, zbliżał się do nich. 
Chłopcy natychmiastowo odsunęli się od siebie, a chcąc uniknąć nieprzyjemnej wymiany zdań  z Gallym postanowili szybko się zmyć.
-Do jutra Harry...
-Do jutra kotku.







wtorek, 25 listopada 2014

Six.

Skończył "praktyki". Niebo robiło się ciemne.
Coś w nim drgnęło, poczuł dreszcz, osunął się na ziemie chwytając się za głowę, bolała go,  nieznośny ból przeszywał go od głowy po serce, nie wiedział co się dzieje.
-POMOCY-Krzyczał-POMOCYy...-Głos był coraz cichszy a on praktycznie leżał na długiej gęstej trawie, w ciemności, daleko od ogniska w którym zbierali się streferzy o tej porze, teraz żałował że nie opiekuje się nim Newt, on by wiedział co zrobić
Czuł się coraz gorzej, nie mógł wstać, kręciło mu się w głowie, nagle zza gęstej trawy zobaczył parę nóg biegnących w jego stronę, biegł szybko. Harry zamykał oczy pomocy-dodał po czym wszystko stało się ciemne. 
*
Otwiera oczy, widzi nad sobą twarz Newt'a i Alby'ego, jest mu wygodnie-czyli na pewno nie leży w swoim hamaku. Leży w łóżku.
-No, kontaktujesz Harold! A już myślałem że będziesz spać 3 dni!-Powiedział uradowany Newt widząc że Harry spogląda na niego.
-Ile tu leże? Proszę nie mów że przespałem kolejne dni.-Wykrztusił Harry siadając na łóżku.
-30 min. Nie dużo, ale nie wiem co się z tobą stało. Plaster mówi że zasłabłeś z nerwów, naprawdę aż tak cię stresuje pobyt tutaj?-Odpowiedział Alby z tą samą kamienną miną jaką widział Harry gdy pierwszy raz go zobaczył.
-Kto to Plaster?-Zapytał Harry powtarzając sobie słowa Alby'ego w głowie.
-Mówimy tak na medyka-Odpowiedział Newt-Jak dojdziesz do siebie smrodzie to będziesz miał u niego praktyki za parę dni.
-Super-Pomyślał chłopak-Sam mdleje na trawie a mam pomagać leczyć innych?-A! I dziękuje ci Newt że mnie znalazłeś, teraz bym pewnie już tam leżał martwy-Powiedział Harry wlepiając oczy w sufit.
-Harold, ale to nie ja cie znalazłem...Tylko Louis
 Harry poczuł zastrzyk adrenaliny.Louis? Dlaczego szedł tamtędy, i jaki to zbieg okoliczności że właśnie go znalazł? Chciał wstać z łóżka ale Newt zareagował i przycisnął go ręką z powrotem .
-Leż świerzuchu, masz odpoczywać, i się nie stresować, jak chcesz bym cie uspokoił to mogę ci pośpiewać.- Zaśmiał się Newt.
-Louis! Mogę z nim pomówić? Jest tutaj? Proszę powiedz że tak!-Wydyszał Harry resztkami sił, znów poczuł się bardzo słaby.
-Jest przed drzwiami-Powiedział Alby wstając-Zawołamy go tutaj, Newt idziemy.
 Oboje wyszli, Harry leżał w łóżku a serce biło mu jak oszalałe.
Wszedł, zmęczony, spocony z zaczerwieniony, ale nadal piękny-tak pomyślał Harry.
Spojrzał na niego swoimi błękitnymi oczami, załzawionymi błękitnymi oczami...Usiadł na taborecie obok łóżka w którym leżał chłopak, przypatrywał się mu, widać że chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wykrztusić słowa.
-Dziękuję ci-wyszeptał Harry chcąc przerwać cisze.
-Widziałem cię.-powiedział Louis spuszczając wzrok w podłogę-Widziałem cię w mojej głowie, kiedyś, to byłeś ty, teraz to wiem. 
-Jak to widziałeś?! Jak?! Kiedy? Dlaczego?-Harry usiadł w pośpiechu na łóżku-Kiedy, powiedz?
-Nie mogę, jest za wcześnie, dowiesz się w swoim czasie, po prostu widziałem Cię...Nie wierze w to, ale naprawdę tak było...
-MAM DOSYĆ TEGO DOWIESZ SIĘ W SWOIM CZASIE! WSZYSCY COŚ WIECIE A JA NADAL NIE!-Wykrzyczał Harry w którym zbierała złość.
-Harry! Proszę nie denerwuj się PURWA! Powiem ci! Wszystko ci powiem, obiecuje, ale jeszcze nie teraz, naprawdę nie mogę!-Powiedział Louis patrząc na Niego, a Harry'emu zrobiło się wstyd gdy zobaczył że Louis płacze, łzy leciały mu ciurkiem po policzkach.
-Przepraszam, ale to...To nie jest normalne, ja nie wiem co się dzieje...-Wycedził Harry.
-Nic nie szkodzi...Chodzi mi o to, że ja cię..pamiętam..Widziałem cię ale w przeszłości, ja cię znałem... Nie pamiętam dlaczego, nie pamiętam o co chodziło dokładnie ale jestem pewien że widzieliśmy się wcześniej, przed Strefą. 
 Harry'ego zamurowało, on nie pamiętał nic, ale jego podświadomość poznawała Louisa, znała jego charakter. On wiedział że łączy ich "coś", może przyjaźń...Coś dużego, ale nic po za tym, to było męczące.
 Zapadła cisza. Harry był bliski paniki, Louis za to siedział z głową prawie miedzy kolanami.
-Słuchaj-wyszeptał Louis, nie mów o tym nikomu, na razie nie...Będziemy codziennie wieczorem spotykać się przy kuchni, i ustalimy co oboje pamiętamy. Musimy Harry, Musimy.
-Oczywiście Loueh-Powiedział chłopak przypominając sobie że tak mógł kiedyś na niego mówić. "Loueh", musiał to zapamiętać do następnego spotkania.
 Louis chwycił rękę Harry'ego a następnie obrócił się i wyszedł, pozostawiając go z głową pełną myśli i szybko bijącym sercem.
*
Godzinę później wrócił Newt z tacą pieczonej szynki z ziemniaczkami i wodą.
-Masz, najedz się księżniczko, tylko się nie przyzwyczajaj do obsługi.-Zaśmiał się Newt-Zostaniesz tutaj do rana, jutro masz dzień ze mną, a ja cię nie potrzebuje więc właściwie będziesz mieć całodniowy spacer.-Dodał i uszczypnął Harry'ego w ramie.
-Jasne...I tak to będą najtrudniejsze praktyki, bo będę musiał wytrzymać cały dzień z tobą.-Zażartował.
-Nie pyszcz mi tu smrodzie, bo z wrażenia znów zemdlejesz.
 Można by tak z Newtem do rana. Jednak Harry był dość zmęczony całą sytuacją i nie myślał o niczym innym tylko o porządnym, dobrym i zdrowym śnie.
-Newt, możesz już opuścić to pomieszczenie, mam dość na dziś.
-Oczywiście Księżniczko, naciesz się. Jutro tak miło nie będzie, w ramach tego ze jestem "taki zły" zafunduje ci EKSTRA SPACEREK. -Dodał Newt i odszedł tanecznym krokiem. -Też chciał bym mieć taki dobry humor znajdując się tutaj-pomyślał Harry przed snem.
Ile by dał by coś mu się przypomniało, coś kluczowego, coś ważnego, coś co pomogło by rozwikłać zagadkę, poznać tajemnicę...





poniedziałek, 24 listopada 2014

Five.

Harry obudził się upadając z hamaku. Nad nim stał Newt widocznie wyspany i czekający z niecierpliwością.
-Co to miało być?!-Powiedział Harry przeciągając się, nadal leżąc na podłodze. 
-Nie mogłem cię obudzić krzykiem, bo jest wcześnie, a oblewać cię wodą nie miałem zamiaru, bo pomoczył bym cały hamak..Ale z drugiej strony...Powiedziałbym że się zlałeś.
 Harry spostrzegł na drzwi, na zewnątrz było jeszcze ciemno, na trawie widniała jeszcze rosa.
-Po co budzisz mnie tak wcześnie? Wszyscy jeszcze śpią.-Powiedział Harry podciągając się na równe nogi.-A co ty myślałeś? Że Louis specjalnie nie pójdzie na zwiady by po południu z tobą pogawędzić? Labirynt nadal jest zamknięty, a Zwiadowcy wyruszają zaraz po otwarciu, więc się spieszmy bo otwiera się o 6.30 a jest 5.-Odpowiedział Newt rzucając sarkastyczne spojrzenie na lokowanego chłopaka który przypomniał sobie o spotkaniu .
-Już, jestem gotowy, idźmy już, proszę chodź.-Powiedział Harry w pośpiechu wychodząc z prowizorycznej drewnianej chatki.
Wyszedł. Dookoła było ciemno, ale nie mrocznie, jak na tak wczesny poranek było dość ciepło i nawet wilgotna trawa nie sprawiała dyskomfortu a przeciwnie, lekko go orzeźwiła. Zobaczył w oddali cienie ludzi wychodzących z domku który był dużo lepiej zbudowany niż ten w którym spał Harry.
-To tam-Powiedział Newt podbiegając koło chłopaka- Zaprowadzę cie tam i masz dosłownie 5 min na wyjaśnienie wczorajszej sytuacji świerzuchu, po 5 min przychodzę po Ciebie i zabieram cię siłą. Leć .
Harry spojrzał na Newta a po chwili zaczął biec w stronę grupki wychodzących z domku ludzi.
Był już prawie przy domku gdy ktoś powalił go na ziemię potężnym uderzeniem w brzuch. Tak, to był Gally. 
-Co tu robisz smrodasie? O tej godzinie powinieneś jeszcze spać w swoim hamaczku. Co kombinujesz?-Powiedział chłopak o zadartym nosie, w jego głosie było czuć wyraźną satysfakcję a na jego twarzy widać było szczery uśmiech, tak jakby był dumny z tego że truje komuś życie.
-Newt wysłał mnie tutaj, mam iść..Mam iść do zwiadowców.-Powiedział Harry, który mimo że był dużo wyższy od Gally'ego odczuwał zmieszanie a może nawet lekki strach przed chłopakiem.
-Ha!Newt..Wiedziałem że on się nie nadaje do roli wiceprzewodniczącego...Żałosne, wysyłać CIEBIE do ZWIADOWCÓW?! Po co miał by to robić, ja na jego miejscu bym cię po wczorajszym wsadził do ciapy, może to by cię nauczyło pokory świerzuchu. I Gdybym ja był na jego miejscu...
Gally nie zdążył skończyć bo zza pleców Harryego wyszedł Newt wyraźnie rozdrażniony.
-Gdybyś był na moim miejscu to może i zrobił byś inaczej, ale nie jesteś i ma to purwa swoje powody. Radzę ci się wstrzymać i trzymać gębę na kłódkę albo to TY będziesz miał ekstra zamknięcie w ciapie.Jakby to powiedział Alby "zrzucę cię z Urwiska"
Gally spojrzał na Newta wyraźnie wpieniony, na całej twarzy zrobił się czerwony i najwyraźniej był bliski wybuchu, ale powstrzymał się i odszedł patrząc na Harry'rgo z wyraźną chęcią mordu.
-Na co czekasz Harold? IDŹ!-Krzyknął Newt a lokowany błyskawicznie przyspieszył tępa.
Zobaczył siedzącego na drewnianej ławce chłopaka, niebieskookiego z brązowymi włosami, to był Louis, to był ten którego Harry tak bardzo pragnął zobaczyć z bliska i ten z którym tak bardzo chciał porozmawiać w cztery oczy.
To był on. Spoglądał w jaśniejące niebo które nabierało błękitnego koloru, miał białą koszulkę która idealnie komponowała się z jego opaloną skórą. Był piękny. Tak przynajmniej pomyślał Harry który był trochę zszokowany własną myślą i określeniem piękny, ale w miarę jak patrzył na Lou, to stwierdzenie wydawało mu się coraz bardziej naturalne w jego myślach..W ustach..
-Heej.. Znaczy, przepraszam za to co było wczoraj ale...
-Cicho świerzuchu, rozumiem stres, nic się nie stało.-Powiedział Louis zanim Harry skończył zdanie-Coś jeszcze? Bardzo się spieszę.-Dodał.
-Tak, mianowicie, czy wczoraj...Czy nie wydawało ci się że mnie..No wiesz..Kojarzysz?-Zapytał Harry, z nadzieją patrząc na chłopaka z tak hipnotyzującym spojrzeniem.
-Przez chwilę jakby..Ale to nie ważne smrodzie, wydawało mi się, a teraz zmiataj, załatwione, nic się nie stało.
-A czy.. Czy dziś wieczorem możesz być tutaj, w tym miejscu, chciałbym trochę z tobą porozmawiać...-Powiedział wyraźnie zmieszany Harry.
-Jeśli będę czuł taką potrzebę i będę mieć smrodzie ochotę, to MOŻE się zjawię. A teraz serio zmiataj, nie mam czasu.
-Czyli tak?-Harry nie odpuszczał.
-MOŻE, jeśli teraz odejdziesz bez słowa i dasz mi spokój.-Odpowiedział Lou.
 Stał jeszcze chwile przed chłopakiem, tak trudno mu było tak po prostu odejść, zwłaszcza że nie wiedział kiedy będzie miał okazję znów z nim pomówić, a rozmowa z Lou była dla niego taka ważna, tak potrzebna. Gdy z nim rozmawiał, a nawet o nim myślał, cała ta strefa, i bagno w którym się znajdował przestawało istnieć, i on sam nie wiedział dlaczego tak się dzieje.
Do Harry'rgo podszedł Newt, poklepał go po ramieniu dając znak że czas już minął. Chłopak odwrócił się i odszedł.  Przeszedł około 30 metrów i odwrócił głowę, ku jego zaskoczeniu Louis szybko odwrócił wzrok, był pewny że mu się przypatrywał i to dodało mu trochę otuchy.
Resztę dnia Harry spędził na pomaganiu Zartowi-Rolnikowi u którego dziś odbywał swoje "praktyki"
Musiał przyznać że praca w kuchni wydawała mu się przyjemniejsza a godziny w niej płynęły szybciej.
Ale może to że czas tak się ociągał było spowodowane tym, że "Harold" nie mógł się doczekać wieczoru? 



 
 
 



niedziela, 23 listopada 2014

Four.

Harry czuł się nieswojo pośród tylu nieznajomych mężczyzn, siedział wkulony między Newtem a jakimś dzieciakiem.
Przypatrywał się siedzącemu nieopodal chłopakami, jak się okazało Louis'owi, był prawie pewny że go zna.
-Dlaczego oni chodzą w takiej grupie-pomyślał. Inaczej podszedłby do chłopaka i zapytał go czy może on też go kojarzy...Ale to na marne, bał się a raczej odczuwał dziwny koktajl szacunku i strachu przed grupą w jakiej ów Louis się znajdował.
-Świerzuchu, może chcesz go poznać co? Nie wiem co sprawia że się tak w niego wlepiasz, ale wolę byś migdalił go wzrokiem gdzie indziej. -Powiedział Newt pocierając oczy- Jutro zabiorę cię do zwiadowców i ich poznasz ogay? Tylko proszę nie wlepiaj się w nich tak, bo to cholernie purwa widać...I zaraz wezmą cie za jeszcze większego dziwaka.
-Jasne, jasne, ale ja tylko się zastanawiam, bo ja go kojarzę..Znaczy myślę że tak jest...
-CO?!-Wykrzyczał Newt po czym ściszył ton-Słuchaj, nie rób sobie jaj, przez tyle lat nie było tu nikogo kto by rozpoznał jakiegoś znajomego w innych streferach. Wydaje ci się, bo jesteś zmęczony, tyle.
 Harry chciał coś powiedzeń, ale zawahał się, nie chciał być uznany za jakiegoś innego, chciał się wtopić w tło i pozostać niezauważalnym, zbyt się bał tego otoczenia.
-Czy mogę już iść, nie chcę tu siedzieć-Powiedział Harry spoglądając na Newta- Idź klumpie, zejdź mi z oczu.-odparł Newt.
Harry wstał, chciał iść do tyłu, niezauważalnie, przejść powoli do swojego prowizorycznego domku w którym był jego hamak, ale coś kazało mu iść w inną stronę - W stronę Louisa.
Wstał, jego wzrok był skierowany na nic niepodejrzewającego Lou, zrobił krok w jego stronę a Newt przypatrywał się mu z zaniepokojeniem.
Kolejny krok, pewny i mocny, Harry sam nie podejrzewał że w tej sytuacji będzie wstanie zyskać taką pewną siebie, czuł że Newt nie spuszcza z niego wzroku, zapewne był ciekawy co robi, Harry tak samo, czuł jakby jego nogi nie były częścią jego ciała.
Był już tylko metr od Louis'a, zatrzymał się a Louis podniósł głowę ukazując swoje jasno-błękitne oczy.
Nic nie powiedział. Przypatrywał się Harryemu z szokiem a Harry był pewny że on widzi w nim kogoś znajomego.
Zapadła cisza,gwar ustał, wszyscy przypatrywali się tej dziwnej sytuacji.
-Co jest z tobą Lou? Przegon świerzucha a nie patrzysz na niego jakbyś zobaczył wyjście-Powiedział azjata który z tego co zapamiętał Harry był opiekunem tak zwanych zwiadowców.
-Tak, ja, jasne..Ym...Co tu robisz klumpie? Przyjaciół szukasz? Zpylaj się i nie zasłaniaj mi ogniska.-Powiedział niebieskooki chłopak patrząc na Harry'ego.
 Newt wstał, swoją silną ręką chwycił wciąż nieruchomego Harry'ego i zaprowadził go jakieś 200 metrów dalej, gdzie światło ogniska już nie docierało, było zupełnie ciemno a jedyne źródło światła to gęsto osadzone na niebie gwiazdy.
-Co to miało być za przedstawienie?! Pojednało cie? Po twoim darciu twarzostanu już wszyscy zapewne stwierdzili że coś z tobą jest nie w porządku, a teraz zapewne będą mi kazali zamknąć cie w ciapie! Jeszcze raz zobaczę taką akcję a przetrzepie ci skórę, może wtedy krew zacznie ci dopływać do mózgownicy!-KUMASZ?!
Harry nigdy wcześniej nie widział Newta w takim stanie, jego delikatna buzia zrobiła się czerwona a białka jego ciemnych oczu przeszły wszystkimi odcieniami purpury.
-Ja, to...to nie byłem ja...-Próbował wykrztusić lokowany chłopak ale poczuł ze to nie ma sensu, miał wrażenie że tą próbą tłumaczenia jeszcze bardziej rozzłociła Newta.
-O! Czyli próbujesz mi powiedzieć że jakiś inny, identyczny Njubi zrobił z siebie niezrównoważonego psychicznie, i znikł po czym przypadkowo w tym samym miejscu pojawiłeś się ty tak?-USPOKÓJ SIĘ, NIE WYCHYLAJ SIĘ, DO CHOLERY.
-Słuchaj Newt...Nie mam pojęcia co się stało, ja, ja nie chciałem tego, naprawdę...
Zapadła cisza, Newt stał przez chwilę z złożonymi rękoma, patrząc w trawę, Harry chciał odejść, ale czuł że jeszcze nie powinien, ze Newt jeszcze nie skończył.
-Słuchaj Harold...Jestem za Ciebie odpowiedzialny, i zrozum że wychodzę na niekompetentnego jeśli ty, będąc pod moją opieką zachowujesz się w ten sposób...Osoby będące tu od lat uważają za niestosowne trucie pośladów zwiadowcy, a ty będąc tu kilka dni robisz to jakby było to twoim Hobby.
-ALE CHODZI MI O LOUISA! PURWA O LOUISA! JA GO ZNAM, JA GO PURWA TWOJAMAC ZNAM! - Harry nie mógł się powstrzymać, cała złość która kumulowała się w nim przez ostatnie dni znalazła ujście, niestety w jedynej osobie której tutaj ufał.
-Jeśli mówisz prawdę świerzuchu, może być to mały fenomen, więc radzę ci zachować tą informację dla siebie, a przynajmniej na jakiś czas, nie wykrzykuj tego na prawo i lewo, streferzy tego nie lubią. 
Jutro zabiorę cię do Louisa i wszystko mu wyjaśnisz, ogay?
 Harry rozpromienił się, z jakiegoś powodu okazja by porozmawiać z chłopakiem który wydawał mu się tak znajomy była jak dotyk boga. Uspokoił się.
-No, więc pędź na swój hamak a ja spróbuję wytłumaczyć Albyemu że to co się stało to było uwolnienie się z szoku spowodowanego znalezieniem się tutaj.
 Newt odszedł a Harry miał okazję zostać sam na sam ze sobą, powoli zmierzając do miejsca wypoczynku.





sobota, 22 listopada 2014

Three.

Otworzył oczy, poranek, dziś miał poddać się próbie, mimo że to wszystko wydawało mu się śmieszne.
Dopiero co został tu zesłany, wbrew jego woli, nie wie kim jest jego rodzina, nie wie gdzie jest, a oni już go wysyłają do "pracy" czuł się jak zagubiony szczeniak w wielkim świecie mimo że teraz, jego cały świat był w zasięgu wzroku, była to strefa - dołująca myśl, ale musiał się pozbierać, nie mógł się poddać, co to by o nim świadczyło.
I tu dowiedział się ciekawostki o sobie- nie odpuszcza łatwo, teraz wiedział że ma jakąś dobrą cechę, i ta myśl pozwoliła mu na chwilę zapomnieć o tym miejscu i skupić się na zadaniu, miał iść do niejakiego patelnika. Bał się tego, co by zrobił Alby gdyby go nie posłuchał. 
Wstał więc i przed wejściem do chatki zobaczył Newta, czuł się jak małe dziecko- Naprawdę muszę mieć opiekunkę?-Powiedział po cichu, ale z drugiej strony cieszył się że go widzi, przecież...Nawet nie wie jak ów Patelnik wygląda.
-No jesteś świerzuchu, gotowy?-Powitał go Newt odwracając wzrok od otwierających się bram muru.
-Chyba tak, mimo że nie mam nadal pojęcia o co w tym wszystkim chodzi..
-Nikt nie wie Harold, nikt tego do końca nie wie, możemy się tylko domyślać, ALE my tu pierdu-pierdu a minuty uciekają, dalej, spinaj poślady i "idziemy" do pracy!
Newt i Harry dotarli do drewnianej chatki wypełnionej różnymi garnkami, miskami,sztućcami i przede wszystkim całą masą patelni -Już wiem dlaczego mówicie o nim patelnik-Powiedział Harry a Newt uśmiechnął się lekko.
-Witaj Njubi!-Powiedział Patelnik który był wysokim brodatym chłopakiem około dwudziestki, sprawiał wrażenie sympatycznego, mimo swojego wyglądu.
-Witam, jestem Harry.
-No! To ja was zostawiam! Mam ważniejsze rzeczy do robienia niż obserwowanie cie-szczylu w twoim pierwszym dniu roboty, mimo że chętnie bym to zobaczył.-Dodał Newt odchodząc-Do zobaczenia wieczorem Harold! 
A więc do roboty. Harryemu kuchnia wydawała się banalna i przyjemna, myślał że będzie gorzej, a jednak bardzo mu się to podobało. Co prawda nie czuł się jak ekspert ale wiedział że na pewno już kiedyś coś gotował, tylko jak zwykle, pojedyncze obrazy, jakiś blat, nic konkretnego... 
Pod koniec dnia Patelnik wydawał się zadowolony z Pracy Harry'ego - obiecał że przekaże Newtowi pochwałę oraz wyraził nadzieje że Harry zostanie w tej pracy na dłużej.
*
-Myślałem że będzie gorzej, a jednak było całkiem ogay.-Mówił Harry przechadzając się z Newtem wieczorem po strefie- Uważaj, bo jeszcze zostaniesz naszym nowym kucharzem, jak cię nazwiemy? Łyżkarnik czy Rondelnik?-Newt zaśmiał się, i mimo że Harry'ego drażniły jego ciągłe zaczepki to też nie mógł się powstrzymać od śmiechu.
Przechadzali się jeszcze chwilę do póki nie dotarli do ogniska, symbolicznie rozpalanego co noc. Wieczorem zbierała się tam prawie cała strefa, więc płomień musiał być duży, by ogrzać wszystkich.
Harry usiadł obok Newta na pieńku i zaczął obserwować wszystkich po kolei, chciał zapamiętać jak najwięcej twarzy. Jego wzrok skupił się na przybliżającej się grupie ludzi, wyglądali na zmęczonych ale śmiali się w swoim gronie i szli wesołym krokiem.
-Kto to jest?-Zapytał Harry obracając się do Newta.-To? To zwiadowcy, oni wchodzą do Labiryntu i próbują znaleźć wyjście.
-LABIRYNTU?-Wykrzyczał Harry mimo woli- JAKIEGO PURWA LABIRYNTU?
-Wstrzymaj twarzostan twojamać świerzuchu!-Powiedział Newt zamykając Harry'emu buzie.-Zaraz wezmą cie za jakiegoś pomylonego, dowiesz się w swoim czasie...A teraz słuchaj się mnie i przypomnij sobie słowa Alby'ego. Nie truj mi pośladów. Nie teraz.
Harry siedział z założonymi rękami-Jaki do cholery labirynt? co tu się dzieje-myślał.-A na dodatek jeszcze każą mu siedzieć cicho jakby nigdy nic. Sam nie wiedział dlaczego jeszcze się ich słuchał.
Chłopak podniósł głowę czując nad sobą czyiś oddech- Zobaczył twarz chłopaka, około osiemnaście lat, zadarty nos i twarz pełna nienawiści, był jakiś dziwny, same patrzenie w jego wlepione oczy było nieprzyjemne a co dopiero ton jego głosu.
-Jakiś problem z tym świerzuchem Newt?- Powiedział chłopak tonem tak oschłym i cichym że same węże chowałyby się słysząc go.
-Wszystko ogay z twoją głową Gally? Gdyby było dobrze, to byś nie wtykał swojego nochala w nie swoje sprawy. Nic się nie dzieje jeśli chcesz to wiedzieć wszechwładco. -Odparł Newt, a Harry był mu wdzięczny za sarkazm w głosie.
-Niech twój szczyl którym się opiekujesz nie wychyla się za bardzo, bo będę musiał się nim zając.-Powiedział chłopak, który najwidoczniej nazywał się Gally i odszedł.
-Nie przejmuj się nim Harold, czasami się zastanawiam czy patelnik przypadkiem go nie trafił jakimś garnkiem, bo definitywnie nie jest z nim wszystko ogay.-Newt zaśmiał się, a Harry znów zwrócił głowę w stronę grupki chłopaków którzy teraz już siedzieli nieopodal na pieńkach.
-Ej, Harold, tak w nich wlepiasz swoje patrzały że zaczynam się bać o to czy zaraz się któremuś nie oświadczysz.-Powiedział Newt wyrywając Harry'ego z zamyślenia.
-Co? Ja? Ja nie..Ja tylko chce zapamiętać jak najwięcej twarzy...Chce ich spamiętać. 
-Oh no oczywiście świerzuchu, szkoda tylko że na innych tak gał nie wlepiasz. 
Patrz, ten tam, ten Azjata to Mihno. Tak jak Patelnik jest opiekunem kucharzy, tak on jest opiekunem zwiadowców, ten obok niego to  Mati, ten blondas to Picas, a tamten po lewej z kanapką w ręce to Leon, wszyscy to zwiadowcy...Kumasz? 
-A ten?-Harry wskazał na chłopaka który podszedł do grupki i usiadł koło nich.Miał brązowe włosy opadające mu lekko na twarz. Miał delikatny zarost i białą bluzkę bez rękawów.
-Ah no tak, zapomniałem o nim. To Louis, też zwiadowca.-Powiedział ze znudzeniem Newt.
-Louis...Louis...-Harry był pewny że go zna, ale tradycyjnie- nie wiedział skąd...
No świetnie, kolejne zagadki bez rozwiązań które będą go męczyć po nocach.
Jeszcze tego mu brakowało.




Two.

-WSTAWAJ ŚWIERZUCHU, KONIEC SPANIA!
Obudził go ten wrzask, poznawał ten głos, jedyny głos który w tym miejscu powodował że się uspokajał, to był Newt, chłopak który wczoraj pomógł mu wydostać się z tłumu.
-He-Hej, ile spałem?- Zapytał chłopak.
-Uuu, 3 dni, dokładnie 3 dni.-Odpowiedział Newt a jego twarz wyrażała zaskakujące połączenie niedowierzania i radości.- Czas byś się już obudził, myślę że 3 dni to optymalny czas byś się uspokoił i ochłonął po tym co się stało. 
-Mogliście obudzić mnie wcześniej, nie chciałem spać aż tyle czasu.-Powiedział chłopak-A tak właściwie.. co się stało, co to za miejsce?
-Nie bądź w gorącej wodzie kąpany klumpie, najpierw powiedz mi, jak masz na imię, po takim wypoczynku powinieneś sobie przypomnieć prawda?
 Harry-Pomyślał chłopak-Harry, tak się nazywam-Powiedział.
Nigdy wcześniej nie czuł się tak dziwnie, wszystko do niego wróciło, to w jaki sposób się tu znalazł i to że nie pamięta nic po za tym, ale to że zna swoje imię to już dobry znak, zyskał poczucie swojego człowieczeństwa. Poczuł jednocześnie radość i olbrzymi smutek.
Harry? Niezłe imię, a więc HARRY, chyba że wolisz HAROLDZIE, chodź ze mną, wszystko ci po kolei powiem, ale najpierw zobacz się przed lustrem, chyba chcesz wiedzieć jak wyglądasz prawda? 
-Jasne, jasne że chcę! -Powiedział Harry zrywając się na nogi.
Szli kawałek zieloną, pachnącą trawą a nad głową widać było piękne niebieskie niebo, bez chmur. 
Dookoła rozciągały się różne, prowizorycznie zrobione,drewniane budynki. W jednym parę hamaków, a w następnym mała umywalnia.
Najbardziej przerażające jednak były te mury... Wielkie betonowe mury które były widoczne z każdej strony.
-Mogę wiedzieć gdzie my idziemy?-Powiedział Harry. 
-Do lustra HAROLDZIE, myślisz że w każdym domku mamy po 20 luster? To nie salon piękności tylko STREFA.-Odparł Newt.
-Strefa? Jaka Strefa?-Powiedział Harry a na twarzy Newta namalowane było znudzenie oraz zniecierpliwienie.
-Strefa, to miejsce w którym jesteśmy, tu, to wszyyystko *pokazał ręką cały obszar wewnątrz betonowych murów* Tak trudno było się tego domyślić? Myśl trochę tą czaszkownicą...A teraz cisza, już jesteśmy, właz pięknusi. 


Harry chciał zadać jakieś pytania, ale nie zdążył, Newt praktycznie wepchnął go do pomieszczenia z prysznicem i dużym lustrem. 
Oto co zobaczył, chłopaka, na jego oko około 19 lat, miał lokowane włosy na których spoczywała opaska, oczy miał zielone, duże. Usta były wyraziste... Były też tatuaże, wcześniej nie oglądał swojego ciała, nie miał czasu, najpierw był zamknięty w ciemnej windzie a następnie szybko zabrany do hamaku gdzie zasnął...
Mam tatuaże-powiedział po cichu...Ale gdzie ja je robiłem....
Jego wzrok powędrował na szyję-był na niej zawieszony wisiorek z krzyżem.-Krzyż, czyli jestem wierzący, chwila, wierzący, tak wiem Bóg, wiem o tym.
Harry nie mógł przypomniec sobie nic więcej, chciał się jeszcze sobie przypatrzeć, wydawało mu się to trochę śmieszne, ale czuł się jakby patrzył na kogoś obcego, tak jakby nigdy nie widział tej osoby która jest teraz na przeciwko niego, w lustrze.
-HEJ! KLUMPIE! ZAKLESZCZYŁEŚ SIĘ W KIBLU CZY CO?! WYŁAŹ NATYCHMIAST! 
Taa..Newt, mimo że często na niego krzyczał, to jednak czuł do niego jakiś rodzaj sympatii, zaufania a to było mu bardzo potrzebne w tych dziwnych i niewątpliwie trudnych chwilach.
-IDĘ JUŻ IDĘ!-wykrzyczał i wyszedł z małego, drewnianego pomieszczenia przypominającego toaletę.-Zdecyduj się, albo mnie tam wpychasz, albo wyrzucasz.
Newt zaśmiał się, przyjemnym i szczerym śmiechem.-Nie pyskuj mi tu świerzuchu...Jak dowiesz się kim tutaj jestem to może nabierzesz trochę szacunku co?-Powiedział i klepnął Harry'ego w ramię-Idziemy, musisz poznać Alby'ego, jest przywódcą strefy, słuchaj się go i nie pyskuj. 
Harry nie mógł zrozumieć jakim prawem jest tutaj tak pomiatany, ale postanowił słuchać się Newt'a, wiedział że on bardziej orientuje się w tej całej sytuacji. 
Trzymał się blisko Newta, starał się patrzeć tylko na jego plecy, ale kontem oka dostrzegał przechadzających się chłopaków którzy wlepiali w niego oczy, było to cholernie nieznośnie. 
W końcu podszedł do nich wysoki, młody czarnoskóry chłopak patrzący na Harry'ego surowym spojrzeniem.
-Witaj Njubi, jestem Alby, przywódca tego miejsca.
-Witam, jestem...Harry, tak jestem Harry..-Powiedział a jego wzrok powędrował ku Newtowi.
-Nie bój się Njubi, pozwól że ci wszystko wyjaśnię... To miejsce to STREFA, mieszkamy tu. Zostaliśmy tak samo jak ty wysłani tutaj przez tą windę, co miesiąc przysyła kogoś nowego, na nowego mieszkańca strefy mówimy Njubi. Rozumiesz?-Alby popatrzył na Harry'ego pytająco- Tak, oczywiście, rozumiem-Odpowiedział. -A więc dobrze-Kontynuował Alby- Razem z Njubim co miesiąc dostajemy tu najpotrzebniejsze rzeczy, Jakieś jedzenie, zwierzęta, jako-tako ciuchy i narzędzie, o resztę dbamy sami. Dlatego wyczuwasz tu zapach farmy...
Faktycznie, Harry nie zwrócił wcześniej uwagi na ten zapach, rozpoznawał go, niezbyt go lubił, teraz to wiedział.
-Ykhym słuchaj mnie świerzuchu-odparł Alby wyrywając Harry;ego z zamysłu- Na około nas jak widzisz, są mury, a jeśli się przyjrzysz zobaczysz małe wyjście ze strefy...NIGDY! *Alby wrzasnął* Powtarzam NIGDY nie pozwól sobie na takie prześwity debilizmu by tam wejść, nie pytaj mnie o nic, dowiesz się w swoim czasie dlaczego, po prostu nie pakuj tam swoich pośladów, jeśli nie będziesz mnie słuchać, to zrzucę cię z Urwiska, rozumiesz? 
-T-tak, tak myślę, ale....
ADNYCH ALE, daj mi dokończyć.-A więc, jakoś tutaj żyjemy, bo panuje tu DYSCYPLINA, czyli każdy pilnuje swojego zada, i wykonuje swoją prace. Ty zostaniesz przydzielony do różnych opiekunów i zobaczymy do czego się nadajesz. Najpierw pójdziesz do Patelnika, on zajmuje się kuchnią, pomożesz mu trochę, a on oceni czy się nadajesz.
-Dobrze, ale...
-Znowu to "Ale"? Przepraszam ale nie jestem dziś, twojamać  w humorze, więc rób na razie to co do ciebie należy, zaczniesz od jutra. Ogay?
-O..Ogay...-Powiedział Harry, jednak nie znał znaczenia tego słowa, uznał to jako potwierdzenie.
-Super, cieszę się że sobie to wyjaśniliśmy, Newt, weź go odprowadź, do widzenia.-Powiedział Alby po czym odwrócił się i odszedł,
-Eh, nie martw się, Alby ma czasem humorki, ale wie o czym mówi, nie zazdroszczę mu tego, że musi panować nad wszystkimi dzieciakami tutaj.
-A kim, kim ty jesteś tutaj, skoro on jest przywódcą?-Wykrztusił Harry.
-Ja? Jestem zastępcą...Więc mi nie pyskuj- zażartował Newt a na jego twarzy zagościł łobuzerski uśmiech.
-O, więc kłaniam się do stóp najjaśniejszy panie. - zażartował Harry.
-Przestań biadolić szczylu, czeka cie jutro, Purwa, niezły dzień.



One.

Wstał.
Nie wiedząc że zaczyna właśnie nowe życie.
wsłuchuje się w dźwięk metalu uderzającego o metal, wdychając zakurzone powietrze i otaczając się ciemnością. 
Podłoga zatrzęsła się, ON przeczołgał się na drugi koniec płyty na której się znajdował.
Uderzył o zimną, metalową ścianę. 
-Co to za puszka?-Pomyślał.
Pomieszczanie szarpnęło w górę, dźwięk przypominał jakąś starą fabrykę metalu.
Do głowy przyszedł mu pomysł, trafiony. Znajdował się w windzie, niskiej, ale obszernej windzie towarowej. 
Jak się tu znalazł?-pomyślał- o tu się u licha dzieje?!
Nie pamiętał nic. Kim jest, skąd pochodzi, nie znał swojego imienia i nie pamiętał swojego domu. Pustka.
Przeraził się, pot spływał mu po czole, a jego oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności.
Winda kołysała się na boki jadąc w górę, przyprawiając go o zawroty głowy.
Czuł się jeszcze gorzej, chciał uciec, krzyczeć, ale to na nic, mógł tylko siedzieć i czekać.
Poczuł się dziwnie, fakty i obrazy, wiedza o świecie oświeciła jego umysł, ale nie jego życie.
Wiedział jak wszystko funkcjonuje, prezydent, kraje, różne języki.
Pamiętał nazwy państw, wiedział wszystko o świecie, ale nie dawało mu to nic konkretnego, nie wiedział nic o sobie. 
Twarze ludzi przewijały mu się przez głowę, tu widział jakiegoś chłopaka w ciemnych włosach, a tu jakiegoś blondyna, nie potrafił jednak ich nazwać, nie znał ich imion, nie potrafił stwierdzić skąd ich zna.
Znajdował się w windzie bardzo długo- tak mu się przynajmniej zdawało, chwila wydawała się być wiecznością.
Był jednak pewny że jedzie więcej niż pół godziny. 
Przyzwyczajone do ciemności oczy dostrzegły na około jakieś przedmioty- a raczej kartony.
CHOLERA CO TO MA BYĆ?! -Wykrzyczał a w tym momencie winda szarpnęła i zatrzymała się, Chłopak siedział przejęty, serce biło mu mocno, słyszał je. 
TRZASK i oślepiające słońce, winda otwierała się od góry.
Usłyszał śmiechy, rozmowy, był rozkojarzony, po tak długim czasie w ciemności jego oczy odmawiały posłuszeństwa, widział jak przez gęstą mgłę a jego uszy nie dawały rady usłyszeć chociaż jednego konkretnego słowa wśród gwaru panującego na górze.
*
Ktoś chwycił go za ramiona i wciągał do góry. Poczuł świeże powietrze, zapach trawy.
Nie czuł się jednak spokojny, panował straszny hałas, do jego głowy docierały pojedyńcze, niezrozumiałe słowa jak "świerzuch" "Njubi" "klump"
Upadł na ziemię, schował głowę w rękach i miał nadzieję że uda mu się uciec od tego wszystkiego, ku jego zdziwieniu wolał wrócić do windy.
Wstań świerzuchu, nie kompromituj się - Dobiegł go czyiś głos, dalej pójdziemy dalej i wszystko ci wytłumaczę. 
Wstał, nadal zakrywając twarz rękoma, prowadzony przez nieznajomego chłopaka.
Dotarli do jakiegoś drzewa, wzrok zaczął się przyzwyczajać do jasnego światła dziennego.
-Pamiętasz jak masz na imię?-Zapytał nieznajomy.
-N-nie.. Chyba nie.. -odpowiedział chłopak. 
-Spokojnie, w trakcie tego tygodnia przypomnisz sobie swoje imię. Ja jestem Newt.-chłopak wyciągnął rękę.
-Co ja tu robię Newt? Co tu się dzieje?!-wydusił.
-Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie Njubi. Teraz zaprowadzę cię na twój hamak, połóż się tam i odpocznij, to rozkaz rozumiesz? -Newt chwycił go za rękę i zaczął prowadzić kilkaset metrów po bujnej zielonej trawie. Po paru minutach dotarli do drewnianej, ledwo-stojącej chatki a następnie do prowizorycznego hamaka na którym widniała poduszka.  
-Miłych snów. Jeśli ci się nudzi, staraj się przypomnieć sobie swoje imię.-Powiedział dopiero co poznany chłopak i odszedł.
 łatwo mu mówić.. "IDŹ SPAĆ" Jak mam spać po tym wszystkim?-pomyślał.
 Nastolatek leżał na hamaku próbując przypomnieć sobie cokolwiek, ale na marne, głowa nadal go bolała i mdłości dokuczały.
 Może drzemka to nie taki zły pomysł? 












WSTĘP

Strefa.
Miejsce niemalże idealne.
Deszcz nigdy nie pada.
Nigdy nie jest za zimno.
Nigdy nie jest za gorąco.
Zielona trawa, i las.
  Jednak nie wszystko złoto, co się świeci.
W strefie znajduje się około 100 osób.
Tylko mężczyzn.
W przedziale wiekowym 11-25.
Nikt z nich nie wie kim jest, jak tam się znalazł, dlaczego tam się znalazł.
Co miesiąc jest kolejny. Jak w zegarku.
Nikt z nich nie pamięta swojej przeszłości, miejsca zamieszkania a nawet kraju pochodzenia.
Nie wiedzą ile mają dokładnie lat,
Kiedy mają urodziny.
Pamiętają jedynie swoje imię.

Jest jednak rzecz, która jest bardziej przerażająca niż niewiedza o samym sobie.
STREFA otoczona jest z każdej strony betonowym, wysokim murem.
Nie da się na niego wspiąć, nie da się go obejść, jest zamknięty.
A raczej, prawie zamknięty.
Od świtu do zmierzchu otwiera się wielka betonowa brama, wyglądająca jak cześć muru.
Sięga do nieba, jak i cały mur.
Jednak nikt nie chce przez niego przejść.
A dlaczego? Dlaczego nie chcą odzyskać utraconej wolności, a być może i pamięci?
Chcą, ale się boją.
Brama prowadzi do labiryntu, nie znanego, ciemnego, strasznego.
Którego mury są wysokie jak u strefy.
Również sięgają do nieba.
Tylko nieliczni mają odwagę wejść do labiryntu by go zbadać, by znaleźć wyjście.
Ci "nieliczni" to zwiadowcy.
Czyli grupa najbardziej szanowanych, najszybszych, najbardziej wytrzymałych a przede wszystkim najmądrzejszych Streferów.
Muszą oni jednak wrócić przed zmierzchem.
Gdyż na noc labirynt zamyka się.
A ten kto zostaje w labiryncie na noc, nie wraca żywy.
Jest to powodowane żyjącymi wewnątrz labiryntu kreaturami, wychodzącymi tylko w nocy.
Kreatury są zwane bóldożercami.
Bóldożerca to wysoki na 3 a długi na 4 metry stwór. Ni to pająk, ni to Skorpion.
Wyglądający jak nieudana i przerażająca próba transplantacji zwierzęcia i maszyny.
Zabija bezwzględnie.
Sam nie dając się zabić.
Bóldożercy wychodzą tylko w nocy.
Dlatego rano labirynt jest "bezpieczny"

Żyjący w strefie "steferzy" mają liczne zajęcia, panuje tam ład.
Pierwszy który znalazł się w strefie jest przywódcą.
A jest to Alby.
Wysoki, około dziewiętnastoletni, ciemnoskóry chłopak o surowym i mądrym spojrzeniu.
On, razem z radą starszych panuje nad strefą i trzyma nastolatków w rydzach i uczy ich dyscypliny.
Uważa że gdyby nie ona, strefa nie istniałaby.

   I może ma rację? Tyle nastolatków, mężczyzn trzymanych przez tyle lat razem w jednym miejscu może powodować problemy.

            POZNAJMY HISTORIE DWÓCH NASTOLATKÓW
                 DWÓCH NIETYPOWYCH NASTOLATKÓW.
                                KTÓRYCH POŁĄCZYŁ LABIRYNT I WSZYSTKIE KRYJĄCE SIĘ W                                                 NIM NIEBEZPIECZEŃSTWA.